Wo Long: Fallen Dynasty. Nie taki demon straszny, jak go malują Email
Wpisany przez Wojciech Słota napisz do autora    wtorek, 21 marca 2023 11:33

 

Gry elektroniczne, w których doznaje się ciągłych niepowodzeń, naprawdę mają zagorzałych fanów, sprawiając im moc (nie)przyjemności. Tak zwane soulsliki (od nazwy serii, która jest wzorem dla twórców gatunku) są coraz wymyślniejsze i trudniejsze, ale… nie zawsze. Najnowszy przedstawiciel tego gatunku, a więc wydany 3 marca Wo Long: Fallen Dynasty idzie nieco pod prąd tej tendencji, gdyż jest zauważalnie prostszy w przejściu, choćby od wcześniejszych znanych produkcji tego samego studia (Team Ninja), a więc gier NiOh. Sęk w tym, że aby się o tym przekonać trzeba pokonać pierwszego bossa, który jest bodaj najtrudniejszy w całej rozgrywce.
Trudność z pokonaniem pierwszego poważnego rywala i łatwość w uśmiercaniu kolejnych wynika z faktu, że dopiero z biegiem rozgrywki otrzymujemy dostęp do licznych ułatwień, na czele z możliwością korzystania z pomocy w trakcie walki dwóch towarzyszy. Przy czym mogą to być generowani komputerowo inni bohaterowie przedstawionej historii, albo przywoływani przez internetowe łącza realni gracze z całego świata. Zwłaszcza z pomocą tych drugich można pokonać każdego z rywali i to nawet już za pierwszym podejściem. Działanie w pojedynkę wymaga w większości kilku (a wspomniany pierwszy przeciwnik nawet kilkudziesięciu) prób, bo każdy z oferowanych przeciwników przedstawia inny rodzaj wyzwania, o czym trzeba się przekonać na własnej skórze.


Po prawdzie jednak gracz ponosi śmierć nie tylko z rąk najpotężniejszych przeciwników, ale nawet od byle chłystka. Wystarczy bowiem chwila nieuwagi, a wyskakujący zza węgła szeregowy walczak może nas położyć na łopatki. Takich rywali różnego autoramentu trzeba w każdej części gry (lokacji) pokonać dziesiątki, aby wreszcie – zdobywając po drodze coraz więcej doświadczenia (zamienianego na punkty umiejętności) i coraz lepsze wyposażenie – dostąpić walki z panem danej krainy. Jako, że fabuła gry jest osadzona w czasach schyłku chińskiej w Chinach dynastii Han, w której właśnie 184 roku wybucha powstanie Żółtych Turbanów, na ekranie dzieje się wiele. W cesarstwie wybucha bowiem chaos, który pośród walczące strony zwabia także krwiożercze demony. Walka z ludźmi, jak i stworami nie z tej ziemi, jest jednak równie zajmująca, czasem wieloetapowa. Tradycyjnie podczas każdego starcia musimy mierzyć siły na zamiary, czyli umiejętnie szafować kondycją, gdyż każdy wykonany zbędnie ruch może nas wpędzić, powiedzmy, w zadyszkę i na ułamek sekundy postawić w bezruchu, co zawsze ma fatalne konsekwencje.


Kluczowym novum w tej grze – choćby w porównaniu z Nioh-ami – jest system morale, a więc sława jaką cieszymy się w danej krainie. W każdej z zaczynamy od podstawowej wartości (logiczne, w końcu tyle co tu przybyliśmy i nikt nie wie, że jesteśmy mocni), który maksymalnie – dzięki seryjnym pokonywaniu rywali - można zwiększyć do poziomu nr 25. Każdy stopień wyżej to większe zadawane obrażenia i większa odporność na ciosy przewodników, a także możliwość korzystania z coraz skuteczniejszej magii. Nasza ranga rośnie, póki nie zostaniemy pokonani, bo konsekwencją zgonu jest powrót do minimalnego poziomu morale. Można temu częściowo zapobiegać wbijając w wyznaczonych miejscach swoją flagę (to takie punkty zapisu), która gwarantuje nam zachowanie pewnej rangi, w razie zgonu. Najprostszym zaś sposobem odbudowania swojej siły po takim przykrym (do czasu, potem się przywyka) zdarzeniu jest dokonanie pomsty na naszym pogromcy. Jeśli jednak przed jej dokonaniem znów zginiemy, tracimy bezpowrotnie zgromadzone wcześniej punkty doświadczenia.

Gracz uzyskuje wiele możliwości dojścia do satysfakcji, bo jednego zadowoli tylko poskramiania kolejnych rywali, ale innego w ekscytacji będzie utrzymywało zwiedzanie (eksploracja) przygotowanego przez twórców gry świata. A ten jest usiany skrzyniami ze skarbami, tajemniczymi ścieżkami i – creme de la crème – skrótami na trasie naszej wędrówki, które możemy odblokować przerzucając nadpalone drzewo na drugi brzeg rzeki, uwalniając łódkę na rwącej rzece czy otwierając drzwi zaryglowane z drugiej strony pomieszczenia. Atrakcji jest wiele, ale główną jest jednak walka, która dla wyznawców gatunku – jako się rzekło - może jednak okazać się zbyt mało wymagająca… Komu będzie mało lub za łatwo ten powinien czekać na dodatkową (i płatną) zawartość gry, która – wzorem NiOh-ów – będzie ukazywać się w kilkumiesięcznych odstępach, a więc w: czerwcu (dodatek pod tytułem Bitwa pod Zhongyuanem), wrześniu (Zdobywca Jiangdong) i grudniu (Przewrót w Jingxiang). Wraz z nimi w grze pojawią nowe rodzaje broni i zapewne trudniejsi przeciwnicy.


Ważna uwaga: gra nie posiada polskiej wersji językowej. - Niestety, zostaliśmy włączeni do projektu jako dystrybutor na zbyt późnym etapie projektu, gdy wydawca globalny już podjął decyzję odnośnie wersji językowych gry – tłumaczy PLAION Polska, który przywiązuje dużą wagę do kwestii tłumaczeń. Na szczęście nie przeszkadza to szczególnie w zabawie, gdyż do niej wystarczająca jest podstawowa znajomość języka angielskiego.

 

 

Grę w wersji na Playstation 5 udostępnił nam PLAION Polska. W Wo Long: Fallen Dynasty można także grać na Playstation 4, Xbox Series X, Xbox One, a także na komputerach osobistych (PC)

 
 

FACEBOOK

DREWNO opałowe,

pocięte, połupane,

300 zł/ m3.

Tel. 534-933-167 


 

Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA