Reklama
Hades. Ucieczka ze świata umarłych Email
Wpisany przez Wojciech Słota napisz do autora    poniedziałek, 01 listopada 2021 17:21

 

RECENZJA Nikt nie lubi umierać, nawet jeśli dzieje się to tylko na niby, w grze komputerowej. Jednakże są takie sytuacje, takie produkcje, w których niepowodzenie przyjmujemy ze zrozumieniem, a nawet uśmiechem. Gra Hades amerykańskiego studia Supergiant Games z San Francisco ma szansę w świadomości graczy zyskać nieśmiertelną sławę, tak jest dobra! Pierwotnie ukazała się we wrześniu ubiegłego roku, jako produkcja na komputery osobiste i od razu została obsypana nagrodami. Od minionego lata mogą się nią cieszyć także użytkownicy konsol (Playstation 4, Playstation 5, Xbox One, Xbox X) i ich oceny są równie entuzjastyczne. Tą grą, choć opiera się na powtarzalności, nie sposób się nią znudzić, gdyż ma zawrotne tempo i bawiące do łez dialogi.





Jak to się w ogóle zaczyna? Oto w czeluściach podziemnego świata mitów greckich syn Hadesa – niejaki Zagreus (to my) pewnego dnia ogłasza, iż zamierza wyruszyć w świat: konkretnie zamiaruje udać się pośród żywych, aby odszukać matkę. Napotkawszy sprzeciw apodyktycznego ojca rzuca się do ucieczki, która szybko kończy się porażką i spłynięciem Styksem do punktu wyjścia. Oczywiście podejmuje drugą próbę, potem trzecią i kolejne... Za każdym razem kierujący jego poczynaniami gracz dociera coraz dalej, bo i każda porażka czyni go mądrzejszym, ergo silniejszym. Droga w górę wiedzie przez kolejne komnaty, przy czym z jednej do drugiej można przejść dopiero po pokonaniu w niej wszystkich przeciwników, a ci nadchodzą falami (dwoma, trzema). Poznawania słabych stron napastników to pierwszy klucz do postępu, drugim jest odpowiedni dobór broni i dodatkowych umiejętności, który za każdym razem może być jednak inny. Ich dostęp jest bowiem losowy, a wygląd pomieszczeń – choć ich ilość jest skończona – jest na tyle urozmaicony, że nie sposób zaplanować, gdzie i na kogo trafimy. Na swej drodze spotykamy na szczęście nie tylko złych, ale i dobrych, z którymi wchodzimy w komitywę, z czasem przekształcającą się w konfidencję. To zresztą jeden z naszych celów: obdarowując napotkanych sojuszników (mitycznych herosów i bogów) nektarami lub ambrozją otrzymujemy jednorazowe (na daną rozgrywkę) dary i błogosławieństwa, ale też bezterminowo gadżety i towarzyszy, których siłę rażenia możemy rozwijać. I wreszcie za którymś razem udaje się: wydostajemy się na powierzchnię, co jednak... nie kończy rozgrywki.



Do zakończenia zasadniczej części historii potrzebujemy aż dziesięciu triumfów, a do poznania drugiego zakończenia – jeszcze więcej. Jednakowoż cała historia spina się od „a” do „z”, wszystko jest w niej na miejscu i fabularnie uzasadnione, zgodnie z mitycznym kanonem. Solą gry są rozmowy z napotykanymi postaciami, które sprawiają, że wszystkiego dowiadujmy się we właściwym czasie. Bohaterowie rozmawiają po angielsku, ale polski wydawca zadbał o napisy w naszym języku: dialogom nic nie brakuje, co pozwala czerpać z humoru gry pełnymi garściami! Cieszy także urozmaicony system walki, bo broni jest wprawdzie nie tak wiele, ale ich właściwości podlegają zmianom, co sprawia, że trzeba na nowo się ich uczyć i pozwala podążać ku nowym wyzwaniom. Te ostatnie zresztą narzucamy sobie dowolnie sami poprzez tzw. pakt skruchy, a więc system utrudnień gry do wyboru, z którego trzeba korzystać aby zapewniać sobie nowe nagrody niezbędne z kolei do dalszego unowocześniania broni.



Jako się rzekło, pierwsze podejścia wpędzają nas w zwątpienie, czy grę w ogóle da się przejść, jednak... kilkadziesiąt godzin później jednorazowa rozgrywka zajmuje nam 30-40 minut. A czy da się ostatecznie uciec z krainy umarłych? Gracz otrzymuje odpowiedź, która nie zaskakuje...



Grę w wersji na PlayStation 5 otrzymaliśmy od jej producenta – firmy Supergiant Games

 
 

FACEBOOK

Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA