W zabrzańskiej parafii św. Andrzeja kościelnym jest... grekokatoliczka. Uciekła przed wojną wraz z dziećmi. Jej mąż to obrońca Ukrainy Email
Wpisany przez Elżbieta Skwarczyńska-Adryańska napisz do autora    poniedziałek, 29 grudnia 2025 15:20

SPOŁECZEŃSTWO I WIARA. W marcu przyszłego roku miną cztery lata odkąd Iwanka Berenda mieszkała w Zabrzu. Ukrainka z Kałusza koło Iwanofrankiwska (aż do 1962 roku miasto funkcjonowało jako Stanisławów), uciekając przed wojną, zjechała do Polski wraz z trójką dzieci. W święto Trzech Króli proboszcz Arkadiusz Kinel powierzył jej funkcję kościelnego, jaką w zabrzańskich świątyniach od lat zwyczajowo sprawują mężczyźni. Nowa zakrystianka (bo taki tytuł wpisano w umowie o pracę) szybko odnalazła się w nowej roli, a przy okazji spełniła obietnicę, daną przed laty Panu Bogu.

Gdy 9 marca 2022 roku cała czwórka dotarła autokarem z granicy do Katowic, wolontariusze skierowali ich do Zabrza. Tu czekało na nich jednopokojowe mieszkanie, przydzielone przez gminę i wszelka pomoc, udzielana wówczas wszystkim ich rodakom, zmuszonym opuścić ojczyznę z troski o dzieci. Mąż został w kraju, by jak większość mężczyzn w sile wieku, bronić swej ziemi. Z frontu powrócił w bardzo złym stanie psychicznym z objawami stresu pourazowego i lukami w pamięci. Zamieszkał ze swoim ojcem. Od wyjazdu już się z żoną i dziećmi nie widział, bo nie może jechać za granicę, by w razie potrzeby znów mógł chwycić za broń. Iwanka zaś nie zdecydowała się na odwiedziny, bo tylko ona i najstarsza, 20-letnia córka - Julia mają paszporty, a 15-letni Jurij i niespełna 7-letnia Krysia nie. Ukrainka ma wprawdzie na uchodźstwie jeszcze czwórkę rodzeństwa, jednak mieszkają oni dość daleko, mają swoje zajęcia, a ona nie chce obarczać swoją obecnością.

Eksodus

- Moi bliscy wyjechali z Ukrainy zaraz po wybuchu wojny – wspomina. - Ja zdecydowałam się dopiero po dwóch tygodniach, gdy sąsiedzi i księża, do których poszłam po radę, przekonali mnie, że muszę uciekać ze względu na bezpieczeństwo dzieci. Poza tym widziałam, jak Krysia (wówczas dwulatka) bardzo się bała, gdy wyły syreny.

Ona sama chyba najbardziej bała się tego wyjazdu, lecz w końcu przeważyła troska o potomstwo. Poza tym wszyscy wkoło przekonywali ją, że tam, gdzie pojadą będą bezpieczni.

Najpierw była jazda autobusem, blisko 600-kilomerowa, z przystankiem na granicy. Tę podróż i pierwsze dni w naszym kraju zapamięta na zawsze. Do Zabrza dotarli w poniedziałek i od razu postanowiła znaleźć najbliższy kościół. Gdy weszli do niego trwało nabożeństwo. Ujął ją śpiew organisty, choć z pieśni śpiewanej po polsku prawie niczego nie zrozumiała. Przez pierwsze miesiące nie pracowała, więc do świątyni przychodziła codziennie, dziękować za ocalenie i prosić o opiekę nad rodziną i dalszą pomoc, bo mimo wsparcia, jakie otrzymali w Zabrzu, było im ciężko. Parafianie od razu zwrócili uwagę na kobietę zakładającą na głowę chustkę przed wejściem do kościoła, wzorem religii wschodnich. Pytali skąd pochodzi, a niektórzy nawet zaoferowali pomoc w poszukiwaniach pracy i aklimatyzacji w naszym mieście.

Na Ukrainie pracowała w przedszkolu (ma dyplom pedagoga), ale u nas nie było to możliwe, także z powodu nieznajomości języka. Imała się więc różnych zajęć, przy czym najdłużej pracowała w ośrodku dla niepełnosprawnych, co było niemal zgodne z jej wykształceniem. Gdy z końcem zeszłego roku dowiedziała się, że w miejscu na które liczyła nie dostanie umowy o pracę, załamała się. I wtedy po raz kolejny zdała się na Pana Boga...

Nadprzyrodzona interwencja

Iwanka wspomina, że pierwszy raz poprosiła stwórcę o pomoc, gdy jej Jurik miał 1,5 roku i ciężko zaniemógł. Męczyły go potworne ataki, a lekarze nie potrafili mu pomóc. Nie umieli też zdiagnozować ich przyczyny i nie widzieli szans na wyleczenie. Matka zaczęła wtedy szukać ratunku u duchownych. Jeździła z synkiem do różnych księży, prosząc ich o modlitwy o uzdrowienie dziecka. Sama też dużo się modliła. Stan syna jednak wciąż się pogarszał. Pewnego razu obiecała Bogu, że jeśli go uzdrowi, będzie w cerkwi każdego dnia i z początku dotrzymywała słowa. Jednak gdy się poprawiało, to nie zawsze była wierna złożonej obietnicy. W końcu usłyszała o spotkaniu wiernych z włoskim stygmatykiem, Elio Cataldo. Poszła na nie z Jurikiem i stał się cud.

- Po jego modlitwie o uzdrowienie i błogosławieństwie chłopca ataki całkowicie ustały – cieszy się kobieta. - Po sześciu latach gehenny! Lekarze nie chcieli wierzyć, ale nie sposób było zaprzeczyć faktom.

Tamto zdarzenie stanęło jej znów przed oczami w grudniu 2024 roku i zawołała: - Boże, nie możesz nas tak zostawić w środku zimy!

Jeszcze tego samego wieczora zadzwoniła do niej gospodyni księdza z prośbą, by przyszła na rozmowę z proboszczem. Nie wierzyła własnym uszom, gdy kapłan zaproponował jej pracę w zakrystii. - I to mnie, grekokatoliczce, która w dodatku nie miała absolutnie żadnego doświadczenia w tym kierunku! – cieszy się. - To był kolejny cud!

Parafialna rodzina

Ucieszyło ją nie tylko to, że będzie miała stałą pracę, która w dodatku pozwoli jej na opiekę nad najmłodszą latoroślą, ale że w końcu nic nie przeszkodzi jej w dotrzymaniu słowa, danego Bogu przed laty, gdyż codziennie będzie w kościele. Nie bez znaczenia jest również fakt, że ksiądz Arkadiusz Kinel jest jednym z nielicznych proboszczów w Zabrzu, którzy zatrudniają na umowę o pracę. I choć początkowo wątpiła w swoje umiejętności, powiedziała: - Jeśli taka jest Twoja wola Panie, pomóż mi w tym. I tak 6 stycznia tego roku grekokatoliczka została zakrystianką w rzymskokatolickiej świątyni.

Ks. Kinel dobrze pamięta tamten dzień. - Od około dwóch lat bezskutecznie szukaliśmy kogoś, kto zastąpiłby dotychczasowych kościelnych, którzy z uwagi na dolegliwości związane z wiekiem, chcieli zrezygnować, ale nie było chętnych, by ich zastąpić - opowiada. - Wspomagały nas osoby, które przychodziły służyć z doskoku, ale to nie mogło trwać wiecznie. I nagle w uroczystość Objawienia Pańskiego mnie olśniło. Pomyślałem, czemu by nie zapytać o to panią Iwankę, która codziennie rano jest u nas w kościele. Bo skoro uciekła przed wojną to trzeba jej jakoś pomóc, a ona też przy okazji pomoże nam.

Początki nie były łatwe, bo liturgia łacińska znacznie różni się od grekokatolickiej. Iwanka wspomina, że najtrudniejszy dla niej był pierwszy ślub i pierwszy pogrzeb. Jednak księża i jeden z kościelnych cierpliwie tłumaczyli jej co i kiedy ma robić.

- Nasza Iwanka jest obecna w kościele nie tylko w zakrystii i przy ołtarzu. Zbiera także ofiarę i kobiecym okiem dogląda, by świątynia wyglądała pięknie, a w razie potrzeby zastępuje ministrantów. Podczas wieczorów fatimskich prowadzi zawsze jedną dziesiątkę różańca, w intencji pokoju. Pomaga też nam, kapłanom w najważniejszych uroczystościach – zdradza ks. Kinel. - Z perspektywy mijającego roku, mogę szczerze powiedzieć, że to był bardzo dobry pomysł. I nawet gdyby teraz znalazł się ktoś chętny, odmówiłbym. Bo przyjmując panią Iwankę, jako cała parafia spełniamy dodatkowo misję pomocy uchodźcom.

Podobnego zdania są pozostali, pytani przez nas księża. A parafianom, z którymi rozmawialiśmy absolutnie nie przeszkadza ani to, że kościelnym jest kobieta, ani że jest to Ukrainka. Cieszą się, że Iwanka odnalazła się w ich parafialnej rodzinie.

foto: Gość Niedzielny - Gliwice

 
 

FACEBOOK

SZYBKA POŻYCZKA

Z KOMORNIKIEM
32/260-00-33,

516-516-611,
Pośrednik CDF S.C.

firmy MATPOL

FINANSE Sp. z o.o 


 

Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA