|
REFERENDUM. Jak ustalił GŁOS, nie ma wciąż prawomocnego rozstrzygnięcia w temacie wyników referendum w sprawie odwołania Rady Miasta w Zabrzu, zdominowanej przez radnych wspierających skutecznie już odwołaną przez mieszkańców prezydent Agnieszkę Rupniewską. Pierwotnie wynik uznano za niewiążący prawnie, gdyż do osiągnięcia wymaganej dla ważności wyniku frekwencji zabrakło dokładnie 112 głosów, na blisko 30 tys. głosujących zabrzan. Jednakże komitet społeczny Reset złożył w przewidzianym prawem terminie protest wyborczy wskazując na błędnie liczenie frekwencji, a także wątpliwe prawnie działania sekretarza miasta Łukasza Urbańczyka, pełniącego jednocześnie funkcję wiceprzewodniczącego Miejskiej Komisji Referendalnej, która czuwała nad prawidłowym przebiegiem głosowania. Dopiero przedwczoraj (27 maja) Sąd Okręgowy w Gliwicach zdecydował o zwrocie Resetowi tego protestu bez merytorycznego rozstrzygania go, gdyż zawierał braki formalne (społecznicy nie mieli prawnika, który by przypilnował wszelkich formalności). Sprawa jednak wciąż nie ma prawomocnego rozstrzygnięcia.
W tym kontekście zdumiewa wręcz, iż dzień wcześniej - podczas poniedziałkowej sesji Rady Miasta ten sam sekretarz Urbańczyk - twierdził publicznie, iż nikt nigdzie nie zgłaszał żadnych nieprawidłowości w temacie referendum i że nawet takie uspokajające informacje były przekazywane z gminy zwrotnie do kancelarii premiera RP.
Tymczasem od początku Reset podejrzewał, iż w trakcie referendum niewłaściwie policzono frekwencję, gdyż – prawdopodobnie – nie oparto się na liczbie podpisów złożonych przez wyborców przy pobieraniu kart do głosowania, lecz na liczbie samych kart wyjętych z urn referendalnych. Teoretycznie jest możliwe bowiem, że ktoś pobrał kartę, ale ostatecznie jej nie wrzucił do urny albo że błędnie policzono karty z nich wyjęte. Postulowano więc by sąd zarządził przeliczenie podpisów mieszkańców na listach, a nie samych kart do głosowania wyjętych z urn. Dlatego złożono oficjalny protest wyborczy – zarówno do sądu, jak i do wojewódzkiej komisji wyborczej w Katowicach. Jednakże na skutek błędnego zrozumienia przez społeczników przepisów o referendum lokalnym, mylnie skierowano go do Sądu Najwyższego, zamiast do Sądu Okręgowego w Gliwicach. Stąd wydłużało się oczekiwanie na ostateczne rozpatrzenie sprawy. - Do Sądu Najwyższego kieruje się protest w sprawie referendum krajowego. W przypadku referendum lokalnego obowiązują inne uregulowania prawne i protest składa się do miejscowego sądu okręgowego – usłyszeliśmy w biurze prasowym Sądu Najwyższego w Warszawie.
Urbańczyk: nie wiemy nic o skargach
Wyjaśnijmy więc, że referendum zorganizowane 11 maja było de facto podwójnym i oddzielnym głosowaniem, choć odbywającym się podczas jednej wizyty w lokalu wyborczym. Zabrzanie otrzymywali od komisji referendalnych dwie osobne karty do głosowania: w sprawie odwołani prezydent i w sprawie odwołania Rady Miasta. Przy czym do uznania wyników obydwu głosowań był wymagany inny pułap frekwencji: niższy potrzebny do odwołania prezydent (bo był powiązany z niższą frekwencją z drugiej tury wyborów samorządowych sprzed roku), oraz wyższy w odniesieniu do Rady Miasta wybranej już w pierwszej turze, gdy głosowało więcej mieszkańców.
O sprawie wspomnianego protestu referendalnego mówiło się w kuluarach samorządu już od dłuższego czasu. Ponieważ brakowało jednak źródłowej informacji, a sam Reset nie komentował sprawy, o kwestie te zapytał wprost podczas poniedziałkowej sesji Rady Miasta radny Sebastian Dziębowski.
- Podobno są jakieś zastrzeżenia czy skargi do sposobu liczenia głosów i kart. Czy coś wiadomo bliżej? – dociekał radny.
Odpowiedzi udzielił osobiście sekretarz miasta Łukasz Urbańczyk.
- Nie posiadamy żadnej wiedzy o żadnych skargach, zastrzeżeniach, odwołaniach. Jeśli miałyby wpłynąć, to by wpłynęły do komisarza wyborczego. Choć takie zapytania nam zadawano z kancelarii prezesa rady ministrów czy jakiekolwiek pytania były zarejestrowane, ale wszystkie odpowiedzi były negatywne. W związku z tym rozstrzygnięcia są opublikowane w dzienniku urzędowym i dla nas sprawa jest zakończona. Nie mamy żadnej wiedzy o jakichkolwiek zastrzeżeniach tego procesu referendalnego - stwierdził Urbańczyk.
Z kolei jedna z liderek Resetu Katarzyna Iwańska zapewniała nas tego samego dnia, iż protest został złożony. – Zarówno do sądu, jak i do komisarza wyborczego. Czekamy na decyzję sądu – stwierdziła, udostępniając nam kopię dokumentu.
KBW: nikt nas nie pytał o protest
Następnego dnia po sesji o te kluczowe rozbieżności zapytaliśmy w katowickiej delegaturze Krajowego Biura Wyborczego. Istnieje w końcu w obiegu prawnym protest wyborczy związany z referendum czy wynik jest jednak prawomocny – jak twierdzi wiceszef Miejskiej Komisji Referendalnej i przedstawiciel władzy miejskiej, Łukasz Urbańczyk?
- Nie do nas jako delegatury Krajowego Biura Wyborczego składa się protest w sprawie wyników lokalnego referendum, tylko bezpośrednio do sądu. Z tego też powodu to nie nasz organ rozstrzyga o zasadności podnoszonych argumentów. W tej konkretnej sprawie, czyli głosowania nad odwołaniem Rady Miasta w Zabrzu, treść protestu komitetu Reset faktycznie do nas trafiła, jednakże uznaliśmy, iż jest to po prostu klasyczne przekazanie nam pisma do wiadomości – przekazał w rozmowie z GŁOSem Michał Fijałkowski, dyrektor Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Katowicach.
A czy jakikolwiek przedstawiciel władzy samorządowej Zabrza potwierdzał w delegaturze KBW brak jakichkolwiek zastrzeżeń co do wyników zabrzańskiego referendum? - Nie kojarzę ani takiego zapytania, ani takiej rozmowy. Jednakże raz jeszcze podkreślam: to nie do nas należy stwierdzenie prawomocności wyniku głosowania w lokalnym referendum. W sensie prawnym istnieje domniemanie legalności pierwotnego wyniku, jednakże w przypadku wpłynięcia protestu wyborczego, o prawomocności tego rozstrzygnięcia decyduje niezawisły sąd – podkreśla dyrektor Fijałkowski.
Analizując zaś pod kątem prawnym całą procedurę legalizacji wyniku referendalnego, dyrektor KBW doprecyzował jeszcze jedną istotną kwestię prawną.
- To, że w Dzienniku Urzędowym Województwa Śląskiego opublikowaliśmy wynik głosowania w zabrzańskim referendum w sprawie Rady Miasta nie oznacza, iż to jest prawomocne i ostateczne rozstrzygnięcie. Dopiero bowiem ta konkretna publikacja urzędowa otwiera drogę do składania protestów w określonym terminie – podsumowuje nasz rozmówca.
To jeszcze nie koniec
Tymczasem jak potwierdziła nam sędzia Agata Dybek-Zdyń, rzecznik prasowa Sądu Okręgowego w Gliwicach, także w miniony wtorek (27 maja) w wydziale cywilnym tego organu wydano zarządzenie o zwrocie Resetowi całego protestu w związku z brakami formalnymi.
- To jednak wciąż nie oznacza zakończenia całej procedury prawnej i uprawomocnienia się wyniku referendum nad odwołaniem Rady Miasta w Zabrzu, gdyż komitet referendalny ma 7 dni na odwołanie się od tej decyzji sądu – przekazała nam sędzia Dybek-Zdyń.
GŁOS dotarł do pisemnego uzasadnienia zarządzenia sądu w tej sprawie. Okazuje się, że pierwotnie sąd wyznaczył Resetowi niewiele ponad 24 godziny na uzupełnienie braków formalnych w złożonym proteście. Próbowano w trybie pilnym kontaktować się z szefem Resetu Krzysztofem Korgielem, jednakże nie zastano go w domu ani nie było z nim kontaktu telefonicznego. Gdy w końcu odebrał pozostawione w Urzędzie Miejskim pismo sądowe, było już po wyznaczonym terminie.
Dlaczego sąd aż tak ponaglał w sprawie?
„Krótki termin do usunięcia braków był podyktowany ustawowym terminem 14 dni do rozpoznania protestu referendalnego. Badanie ważności wyborów oparte jest na zasadzie szybkości postępowania. Przepisy określają ścisłe i krótkie dostosowanie do rodzaju wyborów terminy wnoszenia i rozpoznawania protestów, zmierzając do możliwie szybkiego zakończenia procesu rozpoznawania protestu referendalnego. Wymusza to skrócenie czasu do usunięcia braków formalnych, a obowiązkiem pełnomocnika komitetu było zorganizowanie pracy komitetu (szczególnie w sytuacji złożenia protestu), by zapewnić kontakt z sądem i odebranie korespondencji pod adresem wskazanym w proteście” – uzasadnił pisemnie wydane zarządzenie sędzia Wojciech Hajduk. |