Dwunasty krok. Najlepszy terapeuta nie zdziała tyle, co drugi alkoholik z doświadczeniem Email
Wpisany przez Elżbieta Skwarczyńska-Adryańska napisz do autora    piątek, 23 sierpnia 2019 08:53

ZDROWIE. Karol, biznesmen-alkoholik, niepijący od 21 lat mówi, że swoje nawrócenie na właściwą drogę zawdzięcza przede wszystkim pomocy otrzymanej od innych alkoholików. Zwłaszcza swego duchowego przewodnika, który wypisał mu na lustrze: Patrzysz w oczy człowiekowi, od którego zależy Twoje życie. Dziś sam ma czterech takich podopiecznych. Doszedłszy do ostatniego punktu programu 12 kroków, który odegrał kluczową rolę w jego przemianie, pomaga innym w wychodzeniu z uzależnienia i trwaniu w trzeźwości. Przekazuje im swoje doświadczenie, także to, że ów programu nie można traktować wybiórczo, bo każdy z etapów i ich kolejność w procesie trzeźwienia są równie ważne.
Na spotkanie z Karolem umawiam się w kawiarence zabrzańskiego stowarzyszenia rodzin abstynenckich Nowe Życie. Miły chłód wnętrza i zimny - oczywiście bezprocentowy - drink dają odrobinę wytchnienia w upalne popołudnie. W sali obok trwa właśnie coczwartkowy mityng grupy AA Witold, której mój rozmówca jest wierny od lat, choć dziś już w zupełnie innej roli, niż kiedy trafił tu po raz pierwszy...
Droga Karola do uzależnienia, o którym we wspólnocie AA nauczył się mówić otwarcie, nie była typowa. Pamięta, że z rodzinnego domu wyniósł zgoła odmienne tradycje, a od pierwszego kieliszka do „ostrego” picia minęło u niego szmat czasu. – Najpierw z kolegami z kopalni, gdzie przepracowałem 22 lata i z partnerami biznesowymi (równolegle prowadził warsztat samochodowy, a potem zajął się nieruchomościami) popijaliśmy „okazjonalnie”. Takie okazje zaczęły jednak zdarzać się coraz częściej, a w końcu codziennie. I choć na szczęście nigdy nie sięgnąłem prawdziwego dna, a moi bliscy nie zaznali z mojego powodu niedostatku, nie doświadczyli przemocy i nie musieli się mnie wstydzić, czułem się coraz bardziej winny – wspomina Karol.

Z początkiem lat 90. postanowił skończyć z piciem. Od sześciu lat miewał już kilkumiesięczne okresy całkowitej abstynencji, jednak zawsze w końcu pokusa okazywała się silniejsza. – Podczas ostatniego, najdłuższego w moim życiu maratonu picia, sięgnąłem po kieliszek w swoje urodziny-imieniny 4 listopada 1997 roku. Potem przyszła Barbórka, święta, sylwester, i kolejne okazje. Zacząłem pić w salonie, a skończyłem po ośmiu miesiącach w „psiej budzie”, w stanie przedzawałowym, chudszy o 17 kg, odwodniony. Właściwie nie ja odrzuciłem alkohol, ale on mnie – mówi Karol, który od żony dowiedział się później, że wraz z koleżanką wrzuciła go nieprzytomnego do samochodu i zawiozła do szpitala w Toszku. Przyjęto go tylko z uwagi na stan zagrożenia życia, bo do leczenia tam kwalifikuje się wyłącznie osoby trzeźwe. Świadomość odzyskał po pięciu dniach, w Boże Ciało. – Na niebie zobaczyłem chmury. Biły dzwony, a ja pomyślałem, że umarłem – śmieje się dziś ze swego ówczesnego przerażenia. Lekarze jeszcze ponad dwa tygodnie walczyli o jego życie. - Choć picie od dawna nie sprawiało mi przyjemności - piłem raczej, by zwalczać kaca - dopiero w tamtym momencie uzmysłowiłem sobie, że jestem chory i choć alkohol może mnie zabić, sam jestem bezsilny wobec niego - dodaje.

To był pierwszy krok, który zmotywował go do przyłączenia się po opuszczeniu szpitala do wspólnoty AA. Zaczął chodzić na mityngi i terapię, ale na początku wszystko negował. Uważał się za lepszego. Nie dostrzegał zbieżności między swoimi zachowaniami, a innych uzależnionych i po niespełna roku znów „zapił”. – Wtedy usłyszałem: nie szukaj różnic, lecz podobieństwa – wspomina. Przez pierwsze trzy lata przeżywał koszmar. Nic go nie cieszyło. Brak alkoholu wywoływał u niego nerwowość i częste wybuchy złości, powodowane także tym, że inni mogą się napić, a on nie. Miewał myśli samobójcze. Podczas pierwszej bezalkoholowej zabawy wypił kilkanaście kaw i nie zatańczył ani razu.

Dziś uważa, że program 12 kroków anonimowych alkoholików jest prosty, tylko my jesteśmy skomplikowani. Ale nie zawsze tak było. Dla niego osobiście najtrudniejszy - pomijając krok poczatkowy - był IV krok: rozliczenie się z przeszłością i „zamknięcie za nią drzwi”. Ale po nim nastąpił prawdziwy przełom. Stopniowo nauczył się nie prowokować losu. Jeśli nie musi, nie chodzi w miejsca, gdzie inni piją. Nie ma też oporów, by przyznać się do swej choroby, czy wyjść z imprezy, gdy dalsza obecność tam staje się ryzykowna. - Zauważyłem, że dziś ludzie są bardziej życzliwi niż przed laty. Nie namawiają do picia, a wcześniej, gdy wymawiałem się prowadzeniem samochodu, czy braniem leków, różnie bywało – tłumaczy Karol, który w przeszłości trzykrotnie stracił prawo jazdy i spowodował dwie kolizje, na szczęście bez konsekwencji zdrowotnych dla poszkodowanych. Jednak odkąd pogodził się z myślą, że jest alkoholikiem i zaczął żyć bez picia sporo się zmieniło. Stopniowo przekonał się, że może być szczęśliwy bez alkoholu, odkrył w sobie nowe odczucia i emocje. I choć czasami nadal miewa „głupie myśli”, to jeszcze bardziej utwierdza go w przekonaniu, że jest alkoholikiem, dla którego nie ma powrotu do kontrolowanego picia.

Do zachowania trzeźwości dodatkowo motywuje go odzyskany szacunek otoczenia. Wiele zawdzięcza bliskim i żonie, z którą nadrabiają stracony czas. Sporo podróżują i oddają się ulubionej pasji – fotografowaniu. Dwaj synowie, którzy nigdy w niego nie zwątpili, są dumni z ojca, niosącego od kilkunastu lat abstynenckie przesłanie pacjentom w Toszku, osadzonym w zakładzie karnym, a nawet na Słowację i Ukrainę. By jego pomoc była bardziej skuteczna, skończył nawet 3-letnie studium psychologiczne. Karol ma dziś czterech podopiecznych, a wielu którym takiej pomocy udzielał wcześniej, dziś rewanżuje się kolejnym uzależnionym.

Pierwszego, rolnika spod Otmuchowa poznał na zlocie we Lwowie, gdy tamten miał za sobą cztery miesiące abstynencji. Mężczyzna poprosił go o sponsorowanie (opiekę) w programie. Później zbliżyły ich podobne, turystyczne zainteresowania. Do gustu przypadły sobie również ich małżonki. I tak sponsorowanie przerodziło się w prawdziwą przyjaźń, którą cementuje wspólne spędzanie wolnego czasu. Z kolei Pawła poznał w zakładzie karnym przy ul. Janika, który regularnie odwiedza, wspomagając osoby pragnące przestać pić w realizacji tego postanowienia. – Takie miejsca są trudne, a często euforia spowodowana wyjściem na wolność, ponownie popycha do picia – mówi Karol. Tak było w przypadku jego podopiecznego, który z rodzinnego Radomia zadzwonił do niego pół roku po opuszczeniu zakładu. Wyznał, że wpadł w 4-miesięczny ciąg alkoholowy, a do podjęcia leczenia skłonił go ponoć jedynie tubalny głos Karola, który „słyszał” we własnej głowie, powtarzający mu: idź na mityng. I tak od ośmiu lat mężczyźni utrzymują stały kontakt. – Pomaganie pomaga także pomagającym – podkreśla zabrzanin. - Gdy pomagam, nie tylko oddaję to, co otrzymałem od innych anonimowych alkoholików, ale nie mam czasu na użalanie się nad sobą.
Kolejny, najdłużej sponsorowany, to emerytowany górnik z Zabrza, a ostatniego Karol poznał bywając w jego górskim pensjonacie. Już wówczas podejrzewał, że ma on problem z alkoholem. Jednak mężczyzny, który pozornie nic nie stracił przez alkohol, do dziś – a minęło już pół roku - nie daje się do końca przekonać, że jest chory. Bo w każdym alkoholiku jest cząstka, która się buntuje i często długo nie pozwala mu zaakceptować prawdy. - Poza tym wielu alkoholików przeraża wizja całkowitej abstynencji do końca życia – dodaje zabrzanin.

Takich obaw Karol nie ma od dawna. - Teraz, kiedy poznałem wszystkie korzyści z niepicia, każdego ranka dziękuję za to Bogu. Potrafię cieszyć się radościami dnia codziennego: dachem nad głową, stabilizacją, dobrze przespaną nocą, prawem wyboru – wyznaje. – Nie muszę też pamiętać, co komu i kiedy mówiłem, bo przestałem kłamać. Ludzie mogą na mnie polegać.
Karol nie chce zdjęć, bo anonimowość jest jedną z koronnych zasad liczącego ponad 80 lat - a w Polsce 45 - ruchu anonimowych alkoholików. Tak jak tajemnicą powinno pozostać to, o czym rozmawia się podczas mityngu. – Jestem Karol, anonimowy alkoholik, szczęśliwy, że nie piję – mówi.
Zabrzanin podkreśla, że za nic nie zamieniłby dziś jednego trzeźwego dnia, na rok wcześniejszego życia, gdy towarzyszył mu alkohol. – Ale gdyby nie zasady naszego ruchu (12 kroków i 12 tradycji), obecność innych uzależnionych i wzajemne wspieranie się w trzeźwości, nie udałoby mi się chyba wytrwać w abstynencji. Każdy sposób prowadzący do uwolnienia się od uzależnienia jest dobry, a im tych sposobów jest więcej, tym lepiej. Do jednego trafi modlitwa, do innego przykład – wylicza. Uczestnicząc regularnie w spotkaniach grup AA nasz bohater coraz częściej jednak dochodzi do wniosku, że największe znaczenie w procesie trzeźwienia i trwaniu w abstynencji ma doświadczenie innego alkoholika, zwłaszcza takiego, którego problem można utożsamić ze swoim.

Artykuł ukazał się wcześniej na łamach tygodnika "Głos Zabrza i Rudy Śląskiej" (nr 33/2019)

 
Reklama
REKLAMA
 

Idź, zobacz, posłuchaj

Futro i pończochy

gdzie: Galeria Cafe Silesia, ul.  3 Maja 6, tel. 32 777-05-01

kiedy: do końca 2019 roku


 
Wirtualne zwiedzanie

Zobacz historię Głosu

Więcej …
 

FACEBOOK

Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA