|

KONTROWERSJE. To co wydarzyło się w ostatnich miesiącach w starym, pohutniczym familoku przy ul. Curie-Skłodowskiej 7 w Zabrzu, żywcem przypomina scenki z kultowej komedii Alternatywy 4, gdzie na wizytę władz dozorca Anioł zadbał o wygląd zewnętrzny otoczenia, podczas gdy w środku budynku wciąż coś się rozlatywało. A ponieważ leciwy budynek w Zabrzu bezpośrednio sąsiaduje z nowym gmachem szpitala Śląskiego Centrum Chorób Serca, w związku ze spodziewanym uroczystym jego otwarciem i wizytą samej minister zdrowia, zarządzająca familokiem gminna spółka ZBM-TBS postawiła mieszkańcom… nowy płot ze zwykłych desek, obciążając i tak już zadłużoną nieruchomość kwotą kolejnych kilku tysięcy złotych. A problem dziurawego jak sito dachu i doszczętnie zalewanych i zagrzybionych z tego powodu mieszkań pozostał nietknięty.
- Wszyscy z nas się śmiali, nawet pracownicy szpitala, gdy ZBM ten płot nam tu stawiał. Bo zamiast przynajmniej jakiegoś eleganckiego ogrodzenia mamy ogrodzenie z pozbijanych poprzecznie zwykłych desek. Niektórzy kpili wręcz, że teraz to mamy jak w oborze i tylko koni jeszcze do kompletu brakuje – mówi z pół żartem, pół serio Waldemar Duda z mieszkania na pierwszym piętrze. – A przecież ten płot to ostatnia rzecz, jaka nam tu była potrzebna…
Budynek podobno pochodzi z 1907 roku. Przez dziesięciolecia należał do huty, w latach 90-tych trafił w prywatne ręce wraz z najemcami. Wówczas zarządzała nim firma Agarex. Gdy w 2008 roku władze miejskie zdecydowały o wykupieniu sporej części pohutniczych budynków przez gminną spółkę ZBM-TBS, lokatorzy Curie-Skłodowskiej 7 byli przekonani, że nowy właściciel zadba o rozpadający się familok. Niestety, przeliczyli się. -– mówi Duda pokazując rdzawe zacieki na swym suficie.
Ale jeszcze dramatyczniej ściany wyglądają na ostatnim piętrze. Mieszkanie nr 10 Zbigniewa Myszki jest w wielu miejscach kompletnie zagrzybione. – Gdy pada deszcz to miski muszę rozstawiać – denerwuje się mężczyzna.
Tapety od wilgoci odłażą też w lokalu nr 9 zajmowanym przez Bolesława Samsela. – I co mi z tego, że regularnie płacę czynsz, skoro właściciel nie poczuwa się do obowiązku zadbania o stan swej nieruchomości? – żali się Samsel.
Lokatorzy długo opowiadają o innych bolączkach. O dachówkach spadających im na głowę i samochody przy pierwszym mocniejszym wietrze, o nieszczelnym kominie, przez który do wnętrza mieszkań dostają się spaliny. Pokazują też niedomykające się zwichrowane okna. – Sami musieliśmy sobie wymalować klatkę schodową, bo na zarządcę nie mieliśmy co liczyć – mówią lokatorzy.
Stanisław Błaszkiewicz, prezes spółki ZBM-TBS w rozmowie z GŁOSem, nie miał sobie nic do zarzucenia. – A cóż jest złego w tym, że jako właściciel nieruchomości zadbaliśmy o postawienie ogrodzenia dla podniesienia estetyki tego miejsca bezpośrednio sąsiadującego z nowym szpitalem? – dziwi się Błaszkiewicz i zapewnia, że nikt z władz miejskich nie naciskał na niego w tej sprawie. – Sami poczuwaliśmy się do tego obowiązku – podkreśla.
Jak wylicza prezes ZBM-TBS, postawienie ogrodzenia kosztowało 2,7 tys. złotych, a wraz z niezbędnymi pracami ziemnymi przy budynku wydano w sumie 5,5 tys. zł. Fizycznie gotówkę na razie wyłożyła spółka, ale kwota ta zostanie wpisana jako obciążenie nieruchomości do spłaty. – Nie stać nas na sponsorowanie mieszkańców i ich potrzeb mieszkaniowych – broni się Błaszkiewicz. - Na tej jednej tylko nieruchomości od 2008 roku narósł dług przekraczający 20 tysięcy złotych, przy czym jeden tylko lokator winny jest nam 12 tysięcy złotych, a na jedenaście rodzin mamy tylko cztery niezalegające z opłatami. Z czego mamy więc robić te wszystkie remonty?
Błaszkiewicz podkreśla przy tym, że dla jego spółki ogromnym wysiłkiem finansowym było samo zakupienie tych wszystkich pohutniczych nieruchomości, o co przecież przez tyle lat wnioskowali sami mieszkańcy, przerażeni widmem galopujących czynszów u prywatnego właściciela i w konsekwencji eksmisji.
- Na samym tylko osiedlu Zandka zaległości czynszowe sięgają 2 milionów złotych. O poważniejszych remontach będzie można pomyśleć wtedy, gdy mieszkańcy zaczną sumienniej wywiązywać się ze swoich zobowiązań. A do tego czasu pozostaje nam tylko doraźne usuwanie stwierdzonych usterek – podsumowuje Błaszkiewicz.
Mieszkańcy Curie-Skłodowskiej 7 powątpiewają jednak w prawdziwość informacji o zadłużeniu. Twierdzą, że w administracji nie potrafią się doprosić nawet tak prostych informacji jak szczegółowe zestawienie rozliczenia kosztów zużycia wody. - Informuje się nas tylko ogólnie, ile kto ich zdaniem jest winny. Ale nie wiemy z czego wynikają te ich rozliczenia. Czy zatem te rzekome długi nie są tworzone tylko na papierze po to, by uzasadniać brak konkretnych inwestycji? – pytają podejrzliwie mieszkańcy.
- Jak ktoś ma zastrzeżenia do sposoby rozliczeń, to zapraszam, by zamiast do redakcji wybrał się do mnie lub do moich pracowników na konkretną rozmowę. A wtedy wszystkiego się dowie – ripostuje wyraźnie zdenerwowany prezes Błaszkiewicz.
- Wiele razy interweniowałem w administracji i niewiele z tego wyniknęło. Tam nikt się z nami nie liczy. Zaczynam już powoli tęsknić za Agarexem, bo przynajmniej wiedziałem za co dokładnie płacę – mówi poruszony Waldemar Duda. Ale po chwili refleksji zaraz też przyznaje, że obecny stan budynku nie jest winą obecnego właściciela, lecz efektem piętrzących się latami zaniedbań poprzednich właścicieli budynku. |