Priorytet pieniądza? Nie tylko Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska ma uwagi do sposobu ratowania w Zabrzu dzikich zwierząt Email
Wpisany przez Wojciech Słota napisz do autora    czwartek, 19 stycznia 2017 15:31

 

PRZYRODA. Okazuje się, że w Zabrzu – mieście, z licznymi terenami leśnymi - brakuje szybkiej i sprawnej pomocy dla rannej, dzikiej zwierzyny. Odpowiedzialna za ten segment życia publicznego gmina zrezygnowała jakiś czas temu ze współpracy mikołowskim Leśnym Pogotowiem, cieszącym się uznaniem także instytucji ochrony środowiska. Od pewnego czasu samorząd zleca za to wyjazdy do rannych saren, potrąconych dzików i chorego ptactwa wybranemu przez siebie weterynarzowi. Niestety, do cierpiącego i krwawiącego zwierzęcia przybywa on nieraz dopiero po kilku godzinach od zgłoszenia. Mimo to urzędnicy uznają to rozwiązanie za optymalne, bo weterynarz pracuje na co dzień w Zabrzu, a co najważniejsze dla gminy – jest ponoć o wiele tańszy od specjalistycznej organizacji. Problem w tym, że pewien zakres usług owego weterynarza budzi wątpliwości natury prawnej. 

- Już kiedyś wydawało się, że problem ratowania rannych, dzikich zwierząt został definitywnie rozwiązany po tym, gdy pewnej radnej Rady Miasta przyszło kilka godzin stać przy zranionej sarnie i czekać na skuteczną reakcję służb miejskich. Niestety, bliźniaczo podobna historia z minionego wtorku pokazuje, iż temat ten niestety wciąż jest bardzo aktualny, a wypracowane procedury nie funkcjonują zadowalająco – mówi Danuta Mikusz-Oslislo, prezes Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Zabrzu i członkini władz krajowych tej organizacji.

Ratunek za trzy godziny? Jak relacjonuje Małgorzata Witkowska-Zabawa, zastępca kierownika schroniska dla bezdomnych zwierząt domowych Psitul mnie, około godz. 9 nadeszło z ul. Rogoźnickiej na obrzeżach Zabrza-Pawłowa zgłoszenie o rannej sarnie, atakowanej przez bezpańskiego psa. Poproszono więc o schwytanie agresywnego czworonoga. - Nasz pracownik zastał na miejscu patrol policji z III komisariatu. Psa odłowiliśmy bardzo szybko i sprawnie, faktycznie atakował on krwawiącą sarnę. Było widać, że to leśne zwierzę w panice prawdopodobnie chciało przeskoczyć ogrodzenie, ale doznało obrażeń i nie potrafiło stanąć na nogi.
Gdy pracownik schroniska zapakował psa do samochodu i szykował się do odjazdu, nagle policjanci oświadczyli, że też nic tu po nich i ruszają do dalszej służby. - Stwierdzili, że nie wiedzą co w takim przypadku należy zrobić z ranną sarną, poinformowali o wszystkim dyżurnego i jadą dalej. I tak też zrobili, pozostawiając na miejscu naszego zaskoczonego pracownika. A przecież nasze schronisko też nie jest od zajmowania się zwierzętami leśnymi i dzikimi, tylko udomowionymi. Nie mogliśmy jednak tak tego zostawić – podkreśla wiceszefowa Psitula.
Zgodnie z obowiązującymi w Zabrzu procedurami, należy o takich sytuacjach powiadamiać Powiatowe Centrum Zarządzania Kryzysowego. Witkowska-Zabawa zadzwoniła więc pod znany jej numer 32 37-33-388. - Ku mojemu zdziwieniu dyspozytor oświadczył, że to dla niego nowa sprawa, że żadne zgłoszenia z policji nie wpłynęło (policja twierdzi jednak, że zgłoszenie została dokonane, co jest odnotowane w jej dokumentacji – przyp. red.). Po krótkim czasie dyspozytor oddzwonił z informacją, że weterynarz pracujący na zlecenie miasta przyjedzie na miejsce zająć się sarną, ale dopiero za jakieś trzy godziny, około południa – wspomina wzburzona kobieta.

Sarna w kocyku Pracownicy schroniska uznali, że nie mogą zostawić cierpiącego zwierzęcia na pastwę innych dziko biegających psów. – Okryliśmy ją kocem i zaczynam dobijać się do wspomnianej lecznicy weterynaryjnej, by przyspieszyli działania, bo sprawa jest pilna. W końcu ktoś przyjechał po upływie około 1,5 godziny. Czy tak jednak powinna wyglądać sprawna akcja? – pyta retorycznie kobieta. Schronisko nie wie, co się stało z ratowaną sarną. Nas dyspozytor centrum zarządzania kryzysowego powiadomił, iż weterynarz zabrał ją do siebie dostrzegając szansę na jej wyzdrowienie.
Tymczasem Jacek Wąsiński – właściciel wspomnianego Pogotowia Leśnego w Mikołowie jest wyraźnie wzburzony praktykami wprowadzonymi przez zabrzańskich urzędników. - Kompletnie nie rozumiem, dlaczego weterynarz będący na miejscu potrzebuje kilku godzin, by dotrzeć do rannego zwierzęcia. Niestety, już któryś raz dociera do mnie informacja, jakoby ten weterynarz zabierał zwierzęta do siebie. To ja się pytam: gdzie one wszystkie są, skoro on nie prowadzi ośrodka dla dzikich zwierząt? Na jakiej zasadzie człowiek ten decyduje o dalszym ich losie, nie mając pozwolenia choćby Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na taką działalność? – pyta wyraźnie zdenerwowany. Jak dodaje, jego ośrodek na stałe współpracuje z wieloma śląskimi gminami. – Kiedyś obsługiwałem także Zabrze, ale któregoś dnia urzędnicy uznali, że wolą tego konkretnego weterynarza.

Bo był najtańszy Zdzisław Dziekciarz, zastępca naczelnika wydziału zarządzania kryzysowego zabrzańskiego Urzędu Miejskiego przekonuje, iż ów weterynarz – Andrzej Jarzębowski to bardzo sprawny i mobilny specjalista, który nawet w środku nocy jeździ do rannej zwierzyny by ją ratować lub – gdy nie ma dla niej ratunku – humanitarnie uśpić. - Rozmawiałem ze wszystkimi lecznicami weterynaryjnymi w Zabrzu, ale tylko ta jedna była zainteresowana współpracą z miastem na proponowanych zasadach finansowych. Co roku odnawiamy więc umowę opiewającą na sumę coś ponad 10 tysięcy złotych – wyjaśnia. Przyznaje jednocześnie, iż to na żądanie weterynarza wpisano do umowy uregulowanie, że ma on dwie godziny na dojazd do rannego zwierzęcia. Czemu tak długo? - Przecież nie zostawi psa w klinice na stole operacyjnym w trakcie zabiegu – dziwi się naszym dociekaniom. Zawiesza jednak głos, gdy pytamy czy w przeciwieństwie do psa cierpiące zwierzę leśne może czekać tak długo na pomoc...?
Podobną trudność sprawiało mu uzasadnienie powodów zakończenia współpracy z Leśnym Pogotowiem. W końcu jednak stwierdza: - Kierowaliśmy się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Leśne Pogotowie chciało nieporównywalnie większych pieniędzy za samą stałą gotowość przyjazdu do Zabrza na wezwanie – twierdzi wicenaczelnik zarządzania kryzysowego.

Na bakier z prawem? Tymczasem jak ustaliliśmy w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach, instytucja ta już dwa lata temu pisemnie zwracała uwagę gminie Zabrze, że stosowane rozwiązanie jest wątpliwe prawnie. Urząd Miejski odpisał, iż w przypadku konieczności dłuższego leczenia dzikich zwierząt są one przewożone do… Leśnego Pogotowia.
Damian Czechowski, główny specjalista ds. ochrony gatunkowej w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach przyznaje, że być może będzie trzeba ponownie przyjrzeć się rozwiązaniom stosowanym przez zabrzański samorząd. - Jeśli umowa gminy z wybranym weterynarzem mówi o ratowaniu i długofalowym leczeniu wszystkich dzikich zwierząt na terenie miasta, to takie rozwiązanie jest bezprawne. Zgodnie z przepisami zwierzęta dzikie, a zwłaszcza gatunki chronione, powinny trafić do specjalistycznego ośrodka rehabilitacji zwierząt, działającego w oparciu o pozwolenia. Jednym z czterech na Śląsku jest wspomniane Leśne Pogotowie w Mikołowie , gdzie akurat powinny trafiać ptaki. Nie może być tak, że po oddaniu ich przez ludzi do weterynarzy ślad się po nich urywa. Wyjątek stanowi tu faktycznie zwierzyna łowna, a więc sarny, dziki, zające. Te nie muszą bezwzględnie trafiać do specjalnych ośrodków, jednakże o ich dalszym losie powinni decydować przedstawiciele Polskiego Związku Łowieckiego wspólnie z weterynarzem. Oczywiście, dobrą praktyką powinno być udokumentowanie przez weterynarza przyjmowania i dalszego losu leczonych zwierząt – podkreśla Czechowski.
Sam weterynarz Jarzębowski w rozmowie z GŁOSem kategorycznie zaprzeczył zarzutom o nielegalną działalność: - Mam pismo z urzędu wojewódzkiego potwierdzające, że póki leczę zwierzę, może być ono przeze mnie trzymane. Bo przecież, mają wykształcenie medyczne, lepiej się znam na leczeniu niż jakiś leśnik. A jeśli trzeba, to potem odwożę zwierzynę do różnych innych specjalistycznych miejsc i placówek na terenie całej Polski, w tym do Olsztyna i Wrocławia. Ewentualnie wspólnie z zaprzyjaźnionymi leśniczyni i myśliwymi decydujemy o powrocie zwierzęcia na łono przyrody. Mam też dokładny rejestr wskazujący, co dokładnie z każdym ratowanym przeze mnie okazem się stało. Opinia Leśnego Pogotowia na mój temat to nagonka i zemsta za to, że przejąłem ich zlecenie – podsumował weterynarz nie pozostawiając suchej nitki na warunkach panujących w Leśnym Pogotowiu.

 

Tekst ukazał się w Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej (nr 3, 19 stycznia 2017) na kolumnie W STRONĘ NATURY, która jest współfinansowana przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach. Treści zawarte w publikacji nie stanowią oficjalnego stanowiska organów Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach.

 
Zobacz także

» Piły poszły w ruch. Prywatni właściciele gruntów korzystają z nowej ustawy

JEDNI WYCINAJĄ, DRUGIM SZKODA. Wprawdzie w wydziale Ekologii w Zabrzu nie obawiają się, że wraz z obowiązującą od nowego roku nowelizacją ustawy o ochronie przyrody, nasze miasto zostanie ogołocone z drzew przez prywatnych właścicieli...

» Bez pozwolenia - czy po zmianie prawa grozi nam masowy wyrąb drzew w mieście?

MY I ŚRODOWISKO. Od 1 stycznia właściciele prywatnych posesji mogą bez zezwolenia - poza szczególnymi wyjątkami - wycinać drzewa i krzewy, jeśli nie jest to związane z działalnością gospodarczą. W pozostałych przypadkach o zezwolenie...

» Ekologiczne wyróżnienia: EkoKarliki dla zabrzańskich firm i certyfikaty Zwierzolubnych dla placówek oświatowych

WYRÓŻNIENIA. Zabrzańskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej oraz Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa Luiza z Zabrza zostały laureatami konkursu EkoKarlik 2016. Konkurs Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej...

» Dwie zabrzańskie szkoły wśród zwycięzców konkursu, którego stawką było uzyskanie dofinansowania do tworzenia nowoczesnych pracowni przyrodniczych

KONKURSY. Gala wręczenia nagród w konkursie Zielona pracownia oraz Zielona pracownia projekt odbyła się pod koniec grudnia w Katowicach. Konkurs organizuje Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach, a jego celem...

» Przy granicy z Zabrzem mają powstać aż dwie spalarnie śmieci. Rudzianie też protestują, tamtejsze władze zapowiadają konsultacje społeczne

MY i ŚRODOWISKO. Pierwszą elektrociepłownię (Ekologiczne Centrum Odzysku), na 16-hektarowych nieużytkach przy Drogowej Trasie Średnicowej, pomiędzy rudzkimi dzielnicami Nowy Bytom, Ruda Południowa i Chebzie wybuduje firma Eneris. Prace mają...
Reklama
REKLAMA
 

FACEBOOK

Reklama
REKLAMA
Reklama
REKLAMA